Kolorowe Bieszczady – przez Halicz na Tarnicę

Bieszczady jesienią

Bieszczady jesienne to jedno z marzeń każdego górołaza. Być tam, gdy dominują żółcie traw, brązy buków okraszone czerwienią  jagodzin i resztkami zamierającej zieleni. Trafić w TEN czas! Przecież to proste – powiesz- wystarczy pojechać w październiku. Taaak, ale gdy nie mamy szans gościć w tym zakątku przez cały miesiąc; gdy mamy tylko tydzień, to kiedy jechać? W polskich warunkach klimatycznych prosta zasada: “w tym samym czasie, gdy w roku ubiegłym było kolorowo” nie działa. Tak już mamy, że w tym roku to może być za wcześnie lub już za późno. Cóż pozostaje, gdy nie możesz decyzji o wyjeździe podjąć z dnia na dzień? – Ustalić termin krótkiego urlopu “na czuja” odpowiednio wcześniej i liczyć na cud natury. 🙂

Tak właśnie uczyniłem planując wraz z kolegą Robertem  bieszczadzką wędrówkę na pierwszy pełny tydzień października. Co prawda on i inni znawcy tematu obawiali się, że to nieco za wcześnie i może mieli nawet rację, ale za to pogoda była znakomita. Ja sam do grona znawców  Bieszczadów się nie zaliczam, choćby dlatego, że była to dopiero moja trzecia  połoninna wyrypa. Cóż, wstyd może się przyznać, ale przegapiłem legendarne czasy “pierwszych zdobywców”, gdy połoniny świeciły pustkami, a samotny wędrowiec trwożnie nasłuchiwał wycia wilków i ryku niedźwiedzi, z niepokojem patrząc na ślady rysich pazurów na plecaku. Może “ciut” przesadziłem, ale jak to brzmi!  😉 Wiele było przyczyn, ale istotne jest, że z racji odległości i…wysokości wybrałem w owym czasie Tatry.

Bieszczadzki pierwszy raz.

Here Comes the Sun! Use promo code SPRING19 and get $30 off hotel bookings! *End June 1, 2019, on hotel bookings of $350+

Pierwszy raz wpadłem na krótko w Bieszczady podczas szkolnej, nauczycielskiej wycieczki w okolice Jeziora Solińskiego. Był to 1997 rok, gdy Gołota walczył o coś z kimś, nieczysto. Nie mieliśmy z kolegą ochoty na zwiedzanie skansenu w Sanoku, więc autobusem dotarliśmy do Wetliny. Był październik- chłodny, deszczowy, mglisty- nie miał w sobie nic ze złotej jesieni. Właściwie to prawie nic nie zobaczyłem. Krótko pisząc: zgubiliśmy szlak, widzieliśmy salamandrę, dotarliśmy do Chatki Puchatka, w ciemnościach doszliśmy do Ustrzyk Górnych i…tu utknęliśmy. Nie mieliśmy czym wrócić do miejsca noclegu. Ostatecznie przysłano po nas…taksówkę. Podsumowując: jeszcze nigdy nie kosztowało mnie tak dużo oglądanie mgły. 😀

Minęło sporo lat, gdy ponownie nogi mnie tu przyniosły. W 2011 roku było już lepiej – kolorowo,  chwilami pogodnie. Niestety- atak zimy wygonił nas przedwcześnie. Za jakiś czas opiszę dokładniej krótkie trasy z tamtego roku, teraz tylko wspomnę, że zaliczyłem Tarnicę. 🙂

Dojazd w Bieszczady.

Tak wspominając, przygotowywałem się mentalnie na wszelkie bieszczadzkie okoliczności przyrody. Wpierw jednak trzeba tam dojechać. Żaden z nas nie ma samochodu( zresztą i tak niezbyt pasuje do naszego stylu wędrowania). Pozostaje komunikacja zbiorowa. Nieocenione narzędzie, jakim jest Internet, pomogło mi zakupić promocyjne bilety na Polskiego Busa (autobus jadący jako autobus) i InterRegiobusa ( autobus jadący jako pociąg, albo odwrotnie 😉 ) Znacznie zmniejszyło to moje koszty do Rzeszowa, jednak dalej było już drogo i długo. Z Częstochowy wyjechałem  po 5.00, przesiadka w Katowicach, przesiadka w Rzeszowie( gdzie dołączam do kolegi), przesiadka w Lesku i wreszcie po 18 jesteśmy w Wetlinie – sercu Bieszczadów. Tu mamy się spotkać z Bożeną, która przyjechawszy rano spod Zakopanego, wędruje gdzieś po połoninach. Czekamy na nią w umówionym miejscu noclegu – Domu Wycieczkowym PTTK.

 

Planowanie wędrówki

Oczekując na jej przybycie rozgościliśmy się w skromnym pokoju. Była już pełnia nocy, gdy wreszcie się pojawiła pełna wrażeń z wycieczki Połoniną Caryńską. Przy ładnej słonecznej pogodzie spędziła w trasie około 10 godzin. Tu możesz zobaczyć mapę trasy: trasa na Planecie Gór

Ale to było- nas interesuje, co robimy JUTRO!?

Bożena – jako właścicielka środka transportu – proponuje piękną, lecz umiarkowanie trudną trasę. Bieszczadzki klasyk:  Wołosate Rozsypaniec- Halicz- Tarnica- Wołosate. Uwierzycie, że jeszcze tędy nie szedłem? Dawno nie chodziłem solidnie po górach, toteż po kilku latach przymusowego “postu” uznaję, że to dobra trasa do sprawdzenia czy w ogóle mam formę. Przecież przez kolejne dni tygodnia będzie wędrowanie i wędrowanie i… Jutro mam jednak kolejny handicap: idziemy na lekko- różne klamoty zostają w schronisku.

 

Wołosate Rozsypaniec Halicz Tarnica Wołosate

 

Niedziela 5 października

 

Pobudka o 7. 30. Śniadanie i przygotowanie do wycieczki zajmuje mi nawet mało czasu. Szybkie wyjście ułatwia samo schronisko niezachęcające swym post-peerelowskim klimatem do długich posiedzeń.

Dojeżdżamy samochodem do parkingu w Wołosatym. Znam to miejsce z wycieczki z Robertem sprzed kilku lat. Wtedy tu kończyliśmy trasę z Ustrzyk Górnych na Tarnicę przez Szeroki Wierch.

O 9.05 ruszamy szeroką solidną drogą na południowy – wschód, w kierunku granicy z Ukrainą. Razem z nami na trasę ruszają tłumy. Przyzwyczajony przez lata do wędrówek  pustymi przestrzeniami rumuńskich Karpat, przypominam sobie, że w naszych górach to normalne na popularnych szlakach. Pogoda, co prawda, nie jest nadzwyczajna, ale też nie odstraszająca. Główną jej wadą jest brak widoczności. Mamy nadzieję, że wyżej się rozjaśni, a nieznane mi krajobrazy ukażą sie w pełnej krasie.  Nabieram smaku na wspaniałe zdjęcia. Ale to może później i wyżej. Na razie wyciągam małego pentaxa, aby- zgodnie z moim stosunkowo nowym zwyczajem – porobić zdjęcia dokumentacyjne. Niestety- nic z tego; akurat baterie odmówiły posłuszeństwa. Pozostaje mi liczyć na fotki towarzyszących mi znajomych górołazów. Mój analogowy Pentax Sfxn poczeka na ciekawsze widoki, tam wyżej…

 

Gdy zbliżamy się do granicy państwa, monotonną wędrówkę urozmaica niebywała atrakcja: karmnik dla dżdżownic. 😉 Właściwie karmienie tych zwierzątek jest dodatkiem do podstawowej funkcji ekologicznej toalety szwajcarskiego pomysłu. Nie omieszkałem skorzystać: wszedłem, siadłem… Potem nożnym pedałem uruchomiłem taśmociąg i… dżdżownice nakarmione. Zważywszy na tłum na szlaku jeszcze długo robale z głodu nie umrą. 😀

 

Na stokach Krzemienia
Na stokach Kopy Bukowskiej

Za Haliczem.

Za Haliczem mgła nieco ustępuje. Wreszcie mogę uchwycić wybrane kadry na filmie. Na wąskiej ścieżce zwarta przedtem kolumna turystów rozciągnęła się.   W prześwitach wyłaniają się małe grupki wędrowców.

Tam dolina Wołosatego
Tam dolina Wołosatego

Wszyscy zmierzają w jedną stronę- do Doliny Wołosatego; tam gdzie i my.

 

Pięknie tu- zapraszamy.
Pięknie tu- zapraszamy.

Stopniowo światło ogarnia coraz większe połacie gór. Już wiemy, że warto zejść kawałek w bok, aby zdobyć Tarnicę. Wcześniej zatrzymujemy się we wiacie nad Przełęczą Goprowską– czas napić się gorącej herbaty i zjeść kanapki. Swoją drogą, właściwa nazwa tej przełęczy, wg mapki Wojciecha Krukara, brzmi Przełęcz Rowiń Jackowa.

 

Ja na Przełęczy Goprowskiej.
Ja na Przełęczy Goprowskiej.

Memorial Day flight deals. Book now & get up to $15 off with coupon code - TLMEMORIAL15.

 

Ja w rejonie Przełęczy Goprowskiej Foto by Robert Kmieć
Ja w rejonie Przełęczy Goprowskiej Foto by Robert Kmieć

 

Za nami Przełęcz Goprowska. Foto by Robert Kmieć
Za nami Przełęcz Goprowska. Foto by Robert Kmieć

Tarnica

Akurat podczas posiłku, gdy byliśmy dobrze chronieni sporym dachem wiaty, nieco pokropiło. W pobliżu wiaty, dość wysoko, na stokach Tarniczki, znajduje się pożyteczne źródło wspaniałej górskiej wody. Podczas upałów nie umrzemy z pragnienia.

Po krótkim, lecz intensywnym podejściu stajemy na szczycie Tarnicy! Drugi raz w mym życiu. Pogoda nawet podobna jak poprzednio, lecz jest wyraźnie cieplej.

Przezierające poprzez chmury i mgły słońce dostarcza akurat tyle światła, aby uwypuklić tajemniczy, pełen melancholijnych wspomnień charakter tego zakątka Bieszczadów

Ekipa na Tarnicy. Foto by Robert Kmieć
Ekipa na Tarnicy. OD lewej: Ja, Bożena i Robert. Foto by Robert Kmieć
Dolina Wołosatego z Tarnicy.
Dolina Wołosatego z Tarnicy

Po kontemplacji przyszedł czas na zdjęcia i…wracamy. Przez Przełęcz Sidło, stokami Chudów Wierszka spokojnie docieramy do parkingu w Wołosatem.

Po długiej wędrówce w umiarkowanym chłodku czujemy się głodni. Przed 17 zatrzymujemy się w Kremenarosie. Schabowy z surówką i ziemniakami za 19 złotych smakował mi wybornie. Humor poprawiłem jeszcze łykami herbaty za cztery złote. W drodze do Wetliny byliśmy z Robertem myślami już przy trasach czekających nas w kolejne dni. Niestety- Bożena musiała nas opuścić- koniec weekendu, praca…





2 Responses

  1. PlanetKiwi

    Moje rejony !!! Całe studia spędziłam w Bieszczadach, aż łezka się w oku kręci 😉 Ale to były czasy rzeczywiście prawie bez turystów. No i oczywiście wszystko na własnych nogach – schodziłeś z gór i mogłeś tylko pomarzyć o autobusie, więc po trasie jeszcze drobne kilkanaście kilometrów szosą do schroniska …..

    • Robert Smyka

      Gdzieś około 1997 roku zagubiliśmy szlak i nocą z Wetlińskiej doszliśmy do Ustrzyk Górnych. stamtąd dotarliśmy do Telesznicy taksówką. 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.